Piątek, piąteczek, piątunio. Święto pracy – 1 maja. Przyjeżdżamy z córeczką na działeczkę z mocnym postanowieniem, że powysadzamy pomidorki na docelowe miejsca. Bierzemy się do pracy, wszystkie rozsady poukładane na grządkach, a tu zaczyna kropić deszcz. No nic, trzeba się zwijać i pędzikiem wszystko do szklarni pakować. Minęło parę godzin, pięknie słoneczko świeci, porozkładaliśmy ponownie rozsady, nawet parę przesadziliśmy, a pogoda znowu nam figla płata. Ponownie pędzikiem wszystko zwinęliśmy do szklarni. Piątek nie był dniem na sadzenie pomidorów. Sobota, soboteńka, sobotunia. Też święto – święto flagi. Tym razem sprawdzamy dokładnie pogodę. Wychodzi na to, że do 12 nie będzie padać. Czym prędzej więc bierzemy się z córeczką do pracy. Udało się. Wszystkie pomidorki, które będą rosły w szklarni przesadzone do docelowych donic. Wszystkie pomidorki, które będą rosły na tarasie przesadzone do docelowych donic. Część pomidorków, które będą rosły na grządkach przesadzone do większych donic (nie dla wszystkich donic wystarczyło). Ledwo skończyliśmy, zaczął kropić deszczyk.